Jack Strong

rekonwalescencja

Mój powrót do zdrowia był już procesem bez większych niespodzianek. Po kilkunastu dniach wyszedłem ze szpitala o kulach.

Rozmowy końcowe z lekarzami i sugestie co do sposobu poruszania się były jednoznaczne – dopóki się rana kikuta nie zagoi, dopóty mam jak najmniej używać kul inwalidzkich. Lekarze przekazali mi, żeby po wygojeniu rany pooperacyjnej, zacząć bandażować kikuta do formowania go pod protezowanie.

Dostaliśmy informację, że „należy” (dziwne stwierdzenie, ale tak było) mi się wózek inwalidzki. Kupiliśmy go, nie wiedząc co nas czeka, nie mając od nikogo informacji co dalej.

Prawda jest taka, że wózku usiadłem tylko raz, bo zaraz po przyjeździe do domu wszyscy usilnie chcieli mnie na nim usadzić. Czułem się na nim bardzo nieswojo. Powiedziałem, że prędzej będę leżał cały czas w łóżku, niż jeździł na tym wózku. Jeszcze w tym samym tygodniu postanowiłem go jak najszybciej przekazać ludziom, którzy potrzebują bardziej tego sprzętu niż ja.

W dzieciństwie, zanim zbudowano autostradę A4, jeździliśmy na wieś przez Mikołów. Po drodze, w Borowej Wsi często widzieliśmy ludzi siedzących na wózkach inwalidzkich przy wielkim muralu „Jezu Ufam Tobie”. Szukając miejsca do oddania wózka, przypomniał mi się ten widok. Za pomocą znajomego z klubu Górnik Zabrze kilka dni później wózek pojechał w tamto miejsce. Wózek trafił do młodego chłopaka, który bardziej potrzebował wózka niż ja.

Na trzy tygodnie pojechałem do Rept Śląskich na turnus rehabilitacyjny, by tam odpocząć i hartować kikuta pod protezowanie.